Święta w Kielcach

Było dobrze. Było naprawdę dobrze, przyjemnie i błogo, choć na miejscu po prostu odbierałem to zwyczajnie.

Wyjechałem w sumie tylko na święta, spędzać tam te parę dni, co najwyżej tydzień. Zostałem ponad miesiąc, mieszkając sobie razem z Andą w jej oryginalnym domku. Tak w zasadzie może i nie miałem powodów, by wracać, może jednak miałem, gdy się tak bliżej przyjrzeć. Ale jedno wiem na pewno: nie chciałem. Ostatnio zbyt wiele złego mi się przydarzało w Krakowie, a pobyt w Kielcach pozwalał ograniczyć to co złe, nieudane, przykre do innego miasta, nie do tego, w którym się aktualnie znajdowałem.

Przybyłem i co? I zacząłem ustawiać cztery choinki, wnosić je do pokoi na wszystkie piętra, doprawiać podstawki, a potem? A potem ubierać, za co zostałem doceniony :) Same święta minęły błogo, dostałem fajne prezenty i fajnymi się odwdzięczyłem (choć po kolczyki z fabryki musiałem wpaść do Krakowa, bo się spóźniły, przy okazji namówiłem Andę na zakup myszki bezprzewodowej dla siebie, bliźniaczą do mojej). Jak na pierwsze święta w pełni poza domem było naprawdę dobrze, poczułem po raz pierwszy w moim dorosłym życiu święta rodzinne takie jakie powinny być. Brzmi to boleśnie, ale takie życie. Ciężko spisać wszystko co się działo, z resztą nie trzeba. Po świętach postanowiłem pomóc psychicznie i fizycznie podczas przeprowadzki połowy księgarni do drugiej. Wtedy to zacząłem wprowadzać swoje porządki, od układania książek w dziale fantastyki po pewne  redekorację wnętrza i przybijanie obrazów. W przerwach udało się wybić na bilard (pierwszy w życiu), ale kręgle spaliły na panewce (nadal nigdy w życiu).

Potem było trochę gorzej, odeszła Babcia Andy, która zachorowała akurat na mój przyjazd, tak więc już w dzień przyjazdu wizyta w szpitalu, potem zaś odeszła pewna inna Babcia w Krakowie. Ale Babci Andy trzeba oddać jedno, w wieku 91 trzymała się wyjątkowo dobrze i sprawnie. Takiego wieku i kondycji zamierzam dożyć co najmniej. Oprócz tego zająłem się w domu Andy  tym lubię najbardziej, czyli sprzątaniem i reorganizacją. Zacząłem spontanicznie od sypialni z wielkim łóżkiem, poszły z dwa z hakiem pełne, duże worki śmieci. Mały pokój Andy miał być nie ruszony, że sobie nie wyobraża, że w życiu, ale jakoś tak wyszło, że i tam zacząłem sprzątać i Anda się dołączyła. Udało mi się zmusić Kotka do porządków, które nie były przeprowadzane od lat! Pokój stracił swój niepowtarzalny urok, wypracowany przez długie lata, ale zyskał wygodę, przydatność, użyteczność.  Z rozpędu i szafa w korytarzu poszła i łazienka. Tak, odcisnąłem swoje piętno tu. Ile worków wyszło? 6? W sumie z całego sprzątania z 9? Takie rzeczy poszły, że na pewno bezdomni się ucieszyli jak tylko zobaczyli zawartość worków :)

Oprócz tego dostałem propozycję zostania namiestnikiem poszukiwaczy złota na rejon świętokrzyski od Ojca Andy, jak i Anda coś pobrzękiwała o ołtarzyku dla mnie, wystawionym przez swoją Mamę za porządki jakie przeprowadziłem ;) Cóż, poczułem się tu bardziej w rodzinie, niż jest to niestety możliwe w moim tu domu. Po pewnym czasie zacząłem już odczuwać niepokój ucieczki od rzeczywistości, ale z powodów praktycznych doczekałem do weekendy przed wyjazdem do Oslo, by razem z Andą przetransportować prezenty, bagaże i siebie.

Był to błogi czas spędzany w łóżku, na rodzinnej wigilii, na tarasie z zimnymi ogniami, pieczeniem ciasta, pierników, muffinek, omletów, grzanek, miodu pitnego, w kinie na filmach, w księgarni przed laptopem z Mass Effect 2, nad pizzą, nad chińszczyzną, przy winie, szampanie, piccolo, w knajpie z kuchnią świata (mmm) , u dentysty(!), przed telewizorem, przed filmami, w restauracji, na cmentarzu, w drodze do księgarni, w samochodzie. Aż… człowiek myśli, że mógłby tam zamieszkać, bo wszystko ku temu zwyczajnie zachęca i nie robi problemu.