Śmierć we mnie i naokoło mnie

Pamiętam, gdy jako (naprawdę) małe dziecko uderzyła mnie pewnego dnia świadomość nie tyle śmierci rodziców (zagadnienie śmierci zdążyłem już pierwszy i mocny raz przeanalizować), co wpływu jaki to będzie na mnie miało. Przeraziło mnie śmiertelnie, że jak każde dziecko tak kocham rodziców i są dla mnie czymś tak podstawowym i ważnym, że nie wyobrażam sobie bez nich życia. Wyobrażałem sobie, że jeśli wkrótce umrą będzie ze mną, z moją psychiką, jak i z moim bratem i życiem niewyobrażalnie źle. Podsumowałem to tym, że to zbyt straszne by o tym myśleć, i zapewne z czasem, patrząc jak inni zachowują się po śmierci swoich rodziców (przecież żyją, śmieją się, jest im dobrze – czyli da się), uda się i mi uodpornić. Innymi słowy postanowiłem oddalić zagadnienie w czasie (czując ryzyko,bo przecież śmierć może mi ich odebrać w każdej chwili), z nastawieniem odzwyczajania się emocjonalnego i uczuciowego od własnych rodziców na wypadek śmierci.

Po paru latach, gdy nadal miałem te naście lat, zauważyłem, pewien postęp w swoich odczuciach na ten temat. Wyobrażałem sobie śmierć swoich rodziców i jako tako ogarniałem ją. Nie mówię, że się godziłem, zdawałem sobie sprawę nie tyle z tragedii co miałem świadomość negatywnego emocjonalnego efektu jaki to będzie na mnie miało. Ale co istotniejsze zauważyłem, że nabyłem pewną odporność. Aha, więc to tak z tymi ludźmi jest – pomyślałem – dorastam, kształtuję się, coraz mniej negatywnie mnie to obchodzi, wszystko idzie w dobrym kierunku.

Oprócz tego miałem s swoim życiu okres walki z ideą śmierci. Podejmowałem próby zmierzenia się z tym zagadnieniem, ogarnięcia tego, zaakceptowania. Każdy kiedyś musi, zazwyczaj w dorastaniu albo później przy okazji śmierci (co gorsze). Problemy z zaśnięciem, gdy myśli się intensywniej a sen kojarzy się zbyt intensywnie ze śmiercią. Jak to się skończyło wiadomo, porażką, śmierci nie da się ogarnąć, ani tym bardziej zaakceptować. Można się tylko oszukiwać poprzez odsunięcie tego od siebie, albo patrzenie na to przez wytworzone krzywe zwierciadło, dzięki któremu można powiedzieć „jestem ze śmiercią za pan brat”. Tworzymy twór psychiczny, który nam pozwala żyć dalej w cieni śmierci.

A odnośnie śmierci bliskich poszło mi aż za dobrze. Ludzie których zacząłem poznawać z rodziny zaczęli umierać, a moją reakcją było „aha, ok, kreseczka”. Bogate uczuciowe wnętrze, wrażliwość, życie nauczyło mnie chronić to przed czynnikami zewnętrznymi. Ciężką lekcją było technikum, ze swoją wrogością, pogardą, szyderstwami, samczą grą psychologiczno-siłową, jak i późniejsze rozerwanie serca z powodów miłosnych. Śmierć jako przeanalizowany, zbyt abstrakcyjny (sytuacja graniczna) problem zachodził w moim życiu gdzieś na marginesie.

A skoro tak, to jak ja mam do cholery nauczyć się przejmowania śmiercią na nowo?

Pewien wyłom zrobiła we mnie śmierć Mamy, ale niewielki. Tak trochę na siłę (udawany?), a może w swojej wyuczonej ignorancji nie zdawałem sobie sprawy z przeżyć, które zachodzą pod powierzchnią mojej skorupy. Tak czy inaczej jakaś wyrwa była, zdążyłem szczerze doświadczyć bólu i ponownego rozerwania i anihilacji jaki mi grozi w pojedynku z ideą śmierci. Na powrót zasklepiłem szparę i rekonfigruruję zewnętrzną powłokę obojętności, na lepsze dostosowanie do zmienionego, bardziej wykształconego, dorosłego wnętrza, a co za tym idzie zmienionego, bardziej złożonego, groźniejszego odbierania zewnętrza.