Balaton

Oto nadszedł 2010 rok i kolejna majówka. Tym razem wybrałem się dookoła Balatonu z moimi znajomymi. Wstyd powiedzieć, ale to był mój pierwszy wyjazd za granicę. Większość z moich znajomych była w Paryżu, Berlinie, Londynie, Kanadzie i nawet Afryce, a ja dopiero w wieku 27 lat wreszcie przełamałem wiszącą nade mną klątwę i wydostałem się z kraju. Choć uciec chciałem już od wielu lat i nie raz była okazja, to jednak zawsze coś mi koniec końców ten wyjazd uniemożliwiało.

Oczywiście o tym razem zaczęło się od problemów, które o mały włos nie pogrzebały wszystkiego. Miało jechać około 7 osób, pojechaliśmy w czwórkę, miały być dwa auta, porządnie zmontowana wyprawa, wypadło „jakoś tak”.  Mieliśmy wyjeżdżać już w piątek 30 maja, zaraz po pracy, około 17-18, ale przełożyło się to na wieczór, okazało się, że nagle nie ma wymaganego ubezpieczenia samochodowego i zaczęły się telefony do ludzi, potem wyjazd przełożył się na 2 w nocy, albo i 3, następnie, że rano, a rano, że  za dwie godziny. Wreszcie wyjechaliśmy o 8 rano, Ja, Ela, Python i Joasia.

1 Maja

I jak zaczęło padać… Tak, wtedy zaczęły się te porządne deszcze w Polsce, które tak długo się utrzymały.  Prowadzeni przez GPS, omijaliśmy korki, kierując się na południe kraju. Alternatywnymi drogami, obczajonymi już dawno temu (zakorkowana droga do Zakopanego i w góry to wszak chleb powszedni),  po paru godzinach dotarliśmy na granicę ze Słowacją. I tu popełniliśmy mały błąd, kupiliśmy winietkę w kantorze, zamiast na stacji dalej, co kosztowało nas jakieś 2,3 złote drożej. No, ale to szczegół, mijamy granicę. Granicę? Jaką granicę, jakieś stare budki, droga poprowadzona bokiem, wygląda to obskurnie, ale przynajmniej nie powodowało problemów. Przywitała nas budowa nowej drogi po stronie Słowackiej, z objazdem. Ale, że dla części z nas nie było to pierwsza wizyta, wytyczenie kierunku nie stanowiło problemów. Na przywitanie nowego kraju, pojawiły się pewne stereotypowe żarty, ale tylko dlatego, że nie były podstawne ;) Jeśli chodzi o samą podróż, cóż widać było że i tu jest jakieś święto mają, zauważyliśmy pewne „palmy” wysokie tyczki z ozdobionym wierzchołkiem, zdaje się jakieś święto kościelne. Po drodze oczywiście mijaliśmy również dużo polaków. Jak miało się później okazać i co nie powinno dziwić, napotykaliśmy swoich na każdym kroku naszej wycieczki. Drugi postój urządziliśmy tuż przed granicą z Węgrami, na stacji benzynowej, następnie znowu przekroczyliśmy granicę, która tym razem jednak była prawie niezauważalna, nawet budek nie było. Niedaleko za nią, zatrzymaliśmy się na kolejnej stacji, w celu zakupienia kolejnych opłat za korzystanie z autostrady. Ze zdziwieniem zauważyliśmy, że pani za ladą zna słowa-hasła po polsku i od razu narzuciła nam temat zakupu opłaty, jeszcze zanim zdołaliśmy sformułować o co dokładnie nam chodzi :)  Ruszamy dalej i około…

16:00

…dojeżdżamy do Budapesztu. Miasto zbroiło na nas piękne wrażenie, jak dla mnie, nie widziałem ładniejszego na oczy. Te uliczki, ta wielkość, te budynki, ta gęsta zabudowa. To jest prawdziwie duże, stare miasto. Ani Kraków, ani Wrocław, ani inne miasto mu nie dorównują. Na miejscu pojawił się mały problem z zaparkowaniem, ale znaleźliśmy miejsce w bocznej uliczce, niedaleko tamtejszej hali targowej w starym budynku dworca. Niestety Hala z uwagi na święto (tak samo jak u nas) była zamknięta. Mamy mało czasu, jesteśmy tu tylko przejazdem, ale i tu część z nas już była, więc kierujemy się w sprawdzone rejony, czyli na Zamek. Po drodze słychać jakoś koncert, dobra muzyka, pewnie wieczorem będzie niezła impreza plenerowa, ale niestety mamy napięty harmonogram. Zwiedzamy wzgórze zamkowe, raczej pobieżnie i szybko, brak pieniędzy i czasu na pełne zwiedzanie. Pierwsze zdjęcia i zachwyty piękną panoramą na drugi brzeg miasta. Wracając zaskakuje nas, niezła atrakcja, przejazd zlotu motocyklistów, robiących kółko przed dwa mosty na Dunaju. Przyznać trzeba, że dużo ich było, naprawdę dużo. Krótka wizyta w miłej ciastkarni i wyjeżdżamy dalej, kierując się znów na południe, by około…

20:00

…wylądować w mieście Balatonalmádi. Pierwsza miejscowość nad samym Balatonem, na naszej trasie. Wedle zamysłu mieliśmy spać na dziko, bo tak ciekawiej i taniej, nie przewidzieliśmy jednak, że Balaton jest tak popularny i ogólnodostępny, że od wielu lat jest maksymalnie zabudowany. Z jednej strony hotele, pola campingowe, z drugiej prywatne posesje, z innej jeszcze publiczne miejsca, tak że wolne pozostają jedynie moczary i szuwary, gdzie namiotu rozstawić się nie sposób. Co prawda, pewnie się najdzie i na drugi dzień coś w miarę znaleźliśmy, ale była już noc i nie było sensu po ciemku próbować szczęścia.  Na początku jadąc wzdłuż Balatonu natrafiliśmy na przeuroczy park, nocną porą w Alsóörs o współrzędnych 46°59’6″N 17°58’45″E. No ale to nie było ani miejsce na namiot, ani camping, wróciliśmy w kierunku Balatonalmádi, mijając po raz drugi z niesmakiem jakąś imprezę dyskotekową. Na próżno. Po drodze zauważyliśmy, że prowadzi tędy nie tyle linia kolejowa, pełniąca rolę tramwaju, ile urocza ścieżka rowerowa, wymarzona na wizytę z rowerami kiedyś w przyszłości. Pojechaliśmy znowu na południe  poszukać byle jakiego miejsca, ale też bez sukcesu, wreszcie spytaliśmy o ceny na jednym z campingów (a dokładnie Python :) ) i dostaliśmy informację o kolejnych campingach na północy, skąd przybyliśmy. Wróciliśmy, mijając znowu dyskotekę, zapytaliśmy w jednym, cały czas nie będąc pewnym zarówno campingu jak i ceny. Trochę zrezygnowani podjechaliśmy zobaczyć co to za miejsce z tą dyskotekę i… okazało się, że to również pole campingowe, co więcej w miarę tanio, najtaniej tak jak w innych miejscach, oraz to, że to nie żadna dyskoteka, tylko nauka tańca dla campingowców. Ogólnie uprzejma obsługa, kierowniczka przyjęli nas bez problemów, choć było już po dziesiątej. Wyznaczyli nam jedno z ostatnich wolnych miejsc i zaczęliśmy rozkładać namioty. Oświetlenie było, latarki były, rozłożenie namiotów poszło szybko i sprawnie.  Ba, Pani kierowniczka miała dla nas nawet gulasz do zjedzenia. Nigdy nie zapomnę tego jak mi i Eli nie chciało się iść pod prysznic, które tam były (a były dobre), tylko… powycieraliśmy się rumiankowymi chusteczkami :) Jak namioty, to namioty, a nie jakieś tak prysznice i inne haniebne wygody! Spać.

2 Maja

Na drugi dzień przywitała nas nieco pochmurna pogoda, ale (w odróżnieniu od Polski!) mimo to ciepła i pogodna. Ciepła poranna mżawka nad Balatonem. A przed nami drugi, cały dzień na Węgrzech. Python wpadł na naprawdę niezły pomysł, by wynająć łódkę, spać na środku jeziora i dopływać nią do wszystkich atrakcji na trasie. Niestety wykonanie okazało się zbyt nierealne jak na nasz wypad. Miało być spontanicznie, wyszło trochę niedogranie, ale to nic bo i tak było dobrze. Porobiwszy parę pierwszych zdjęć nad Jeziorem, wykąpawszy się i po smacznym śniadaniu na który składał się kultowy paprykarz popijany winem, które zabrałem z Polski, zapłaciliśmy za nocleg i wyruszyliśmy dalej na południe, w kierunku półwyspu Tihany. Dopiero mijając sklepik z paprykami, skojarzyłem że znalazłem się w tym samym miejscu co kiedyś Alquana (widać podobieństwo, prawda? :) ). Oczywiście nie mogło zabraknąć zdjęć przy papryczkach, po których zwiedziliśmy całe wzgórze, porobiliśmy kolejne zdjęcia, napotkaliśmy Polaków, pozachwycaliśmy się krajobrazem i ruszyliśmy dalej. Tylko gdzie? No po podgrzanej lekko naradzie ruszyliśmy do Badacsony, by zwiedzić powulkanicznego twardzielca o tej samej nazwie. Idąc sobie krótkim deptakiem i wpadając do baru coś przekąsić zdarzyła się taka sytuacja: jakiś koleś zaczepił nas „przepraszam, Polacy?”, gdyż zauważył polski przewodnik trzymany przez Elę. Zrobiło nam się miło, trafiając na krajanów i zaczęliśmy rozmawiać. Z jakiego miasta? Z Krakowa. My też! Aa, z jakiego rejonu miasta? Z Bronowic. My też! I Mydlnik również. Naprawdę trzeba mieć szczęście by trafić na taką zgodność. Okazało się, że wraz z całą grupą, od lat robią wypady do tego miasteczka, gdzie mają domek i robią cykliczne imprezy. Zaprosili nas i zaproponowali nocleg. Poradzili co zamówić do jedzenia (jak to się nazywało?), co tu można zwiedzić i zaoferowali nocleg. Tak więc spróbowaliśmy tutejszych specjałów z fast-foodu i ruszyliśmy zwiedzić ten wygasły wulkan, zwłaszcza, że to dzięki wulkanicznej glebie robią tu dobre wino.

To była bardzo malownicza wycieczka, przyjemnym szlakiem, urocze domki, winnice, zbocza, rośliny. Osiągnęliśmy szczyt, potem kolejny punkt widokowy, natrafiliśmy na zakochaną parę na głazie nad urwiskiem i zaczęliśmy schodzić. Rozdzieliliśmy się. Nie dogadaliśmy się. To był błąd. Podczas gdy ja i Ela intuicyjnie zeszliśmy na sam dół, Python i Asia podążali zgodnie z planem idąc za daleko, ale przynajmniej zaliczyli kolejny punkt widokowy i ładne zdjęcia.The Rhapsody – Guardianii;) W trakcie schodzenia zaniepokojeni przystanęliśmy z Elą, a ja wczułem się w muzykę. W dodatku zaczęło padać. Poczekaliśmy trochę, na samym dole, a Ela poszła szukać,  ja z kolei posiedziałem sobie kryjąc się przed deszczem pod drzewem i wczuwałem się w tubylca. Klucze do ciepłego i suchego auta miał jego właściciel, więc na nie pozostało mi nic innego jak czekać. Na szczęście wszystkie drogi prowadzą koniec końców na parking, więc się odnaleźliśmy. Lekko przemęczeni ruszyliśmy znowu na południe, szukając znowu na ostatnią chwilę kolejnego campingu. Eliminujące jeden, trafiliśmy na kolejny z tej samej firmy co poprzedni i tak trafiliśmy na camping pod wzgórzem św. Michała w Vonyarcvashegy. Oczywiście znowu było ciemno i rozbijaliśmy się przy lampach. Na zakończenie dnia zjedliśmy podwieczorek na niewielkim głazie, popijając winem, kończąc definitywnie butelkę. Jak to dobrze, że wziąłem to wino z Polski :)

3 Maja

A nad ranem okazało się, że to kolejny przepiękny camping, na którym również znajdowali się jacyś Polacy. Oczywiście poranek spędziliśmy nad jeziorem, zanurzając się lekko i strzelając kolejne pamiątkowe fotki. I wyruszyliśmy dalej tym razem uzbrojeni w parę ulotek z biura campingu, co natchnęło nas na odwiedzenie jaskini Tavasbarlang w Tapoloca, co zapowiadało się na pewną rozrywkę, a co pamiętałem ze zdjęć Alquany. Na szczęście jaskinia była otwarta, dało się dogadać choć nie od razu i nie z kasjerką i rozpoczęliśmy miła przejażdżkę metalowymi łódkami po zalanej jaskini. Ale szczerze powiedziawszy większe i lepsze wrażenie robią Tarnowskie Góry: Zabytkowa Kopalnia Srebra i Sztolnia Czarnego Pstrąga, gdzie byłem dwa razy w sumie, a w porównaniu do czego jaskinia w Topolca robi małe, swojskie, przytulne wrażenie. Mimo to pobyt w jaskini był naprawdę miły, była ciepła, czysta woda, płytko, można było posługiwać się wiosłem, albo odpychać rękami od ścian. W zasadzie można było spokojnie wejść do wody, średnia głębokość była mała. Po wizycie w jaskini włoskie lody i wizyta w Lidlu na drobnych zakupach, które trochę się przeciągnęły, z powodu Eli, która długo i namiętnie wybierała wino (było nawet w plastikowej 1.5l. butelce!), ale w sumie kupiliśmy tylko wino kieszonkowe, takie małe, bo w końcu jeszcze zdążymy kupić więcej w lepszym miejscu… Ogólnie Ela wzięła cały baniaczek, w celu napełnienia go po brzegi u źródełka, ale z powodu święta, długiego weekendu jakoś wszystko było pozamykane, i nie natrafiliśmy :/

Następnym punktem wycieczki był Pałac Festeticsów w Keszthely, do którego dotarliśmy bez problemów, zwiedzało się (z zewnątrz) bez problemów również. Słońce już naprawdę mocno przygrzewało i z rozkoszą dało się ochłodzić stopu w fontannie przed pałacem a bardziej z przodu znajdował się jeszcze zegar słoneczny. Na szczęście jak zwykle kusiło mnie wypróbowanie ile da się zwiedzić i dzięki temu zwiedziliśmy również tyły pałacu, gdzie znajdował się ładny park, dostępny dla wszystkich. Choć szkoda, że nie zwiedziliśmy od środka, podobnie jak wnętrza zamku w Budapeszcie. Wkrótce zwinęliśmy się dalej, i tu popełniliśmy błąd, zapadła decyzja o ominięciu Haviz, skoro mamy mało czasu i mamy okrążyć od południa Balaton, a drugie gorące źródło jest dalej na trasie. W ten sposób rozpoczął się  wyścig z czasem i szukanie tego całego kąpieliska. Po drodze zatrzymaliśmy się na mały turystyczny obiad mniej więcej na tych współrzędnych, obok starej stadniny. Był to kolejny posiłek, który popijaliśmy winem, dzięki czemu poczuliśmy jak to jest na Węgrzech :) Po małych perypetiach udało nam się odnaleźć nie tyle Csisztapuszta, co całe kąpielisko termalne w tej miejscowości. Niestety… spóźniliśmy się, przybyliśmy około 18 a kąpielisko było czynne do 17. Z tą goryczą w ustach porwaliśmy się na kupno pamiątkowego wina w przydrożnym sklepiku, wydając w ten sposób ostatnie Forinty i ruszyliśmy w drogę powrotną, na północ, do Budapesztu. Po drodze czekała nas jaszcze mała atrakcja, jaką był przejazd przez wiadukt w Kőröshegy, który majestatycznie wyglądał z przeciwległego brzegu, jednak jadąc po nim, nie różnił się niczym od zwykłej drogi, nawet widoków nie było przez barierki. Tuż przed zachodem słońca dotarliśmy do Budapesztu, gdzie doszło do małej niezgodności na linii kierowca-nawigator, ale udało nam się znaleźć po odpowiedniej stronie Dunaju na drodze do Słowacji.

A Budapeszt nocą jest piękny, piękny, piękny.  Trochę kluczyliśmy w poszukiwaniu drogi po mieście i byliśmy oczarowani jego nocnym klimatem, starymi budowlami. Do tej pory najpiękniej wspominałem Wrocław nocą, ale tutaj zobaczyłem, że Budapeszt z łatwością  pokona każde Polskie miasto, jeśli tylko dam mu szansę. Po prostu muszę się tam wybrać kiedyś na zwiedzanie tych barów, knajp, restauracji, kawiarenek, ciastkarni, winiarni, wszystkiego…

Dalsza droga powrotna odbywała się nocą. Już Przed Budapesztem łapał nas miejscowy deszcz, którego siła wzmagała się im bardziej na północ. Za Budapesztem przy Słowacji już padało cały czas. W Słowacji zaś i Polsce padało bardzo. Krótka drzemka na parkingu w Słowacji, a w wkrótce po niej kontrola policyjna w deszczu i zbliżyliśmy się do ojczyzny. I wiecie co? Drogi, cholera drogi. Dało się wyczuć pod kołami, że to już nasz swojskie drogi i ich swojski stan. Do domu zawitałem około 4 nad ranem, zrzuciłem plecak, umyłem się (wreszcie!) i zasnąłem w mocnym poczuciu satysfkacji z pierwszego prawdziwego wyjazdu za granicę. Chcę jeszcze, więcej, dalej, cały świat. Nadal będę się starał i zapewne nadal co raz będzie mi coś to utrudniało cholera.