Wodne góry

Ostatnio byliśmy w Bukowinie Tatrzańskiej, na zjeździe księgarzy Polskich (choć głównie ze Śląska). Głównie byliśmy tam na doczepkę, ale skorzystaliśmy nieźle na tym :)

Zatrzymaliśmy się „U Wojtka„, miejscówka naprawdę niezła. Tuż pod oknami, w bezpośrednim sąsiedztwie są 2 wyciągi, dalsze tuż obok nich, razem to cała dolinka do zjeżdżania. Lokalizacja wprost wymarzona dla niedzielnych narciarzy. Przyjechaliśmy dosłownie na ostatnie dni narciarskie, na naszych oczach z dnia na dzień patrzyliśmy jak zanika śnieg i brązowieją stoki. Ale nie znaleźliśmy się w tym miejscu by zjeżdżać na nartach, bardziej zainteresowały na… termy, ale o tym za chwilę.

Wnętrze domu wypoczynkowego było naprawdę niezłe, na stronie widać jak wspaniała panorama roztaczała się nie tyle z okien pokoi, ale przede wszystkim z jadalni, gdzie panorama roztaczała się na pół Tatr i wszystkie stoki narciarskie. Tak jak to widać na stronie, tak naprawdę było, bez żadnego przekoloryzowania. Pojedliśmy dobrze, suto zastawione stoły, choć śniadania były od 8-9 i ciężko było wstać :) Nie omieszkaliśmy nie skorzystać z konferencji dwóch firm (Toma i Tetis), które prezentowały swoje przybory pisarskie. Wyszliśmy z pełnymi reklamówkami przyborów do pisania. Najciekawszy był ołówek w płynie… pisał jak ołówek, ścierał się gumką, choć niestety nawet i palcem. Oprócz tego były inne ciekawe przyrządy, od markerów, przez nożyczki i dziurkacze, do klejów na taśmie i latarek. Zahaczyliśmy również tradycyjnie o Zakopane, gdzie najedliśmy do się obrzydliwości w „Jagoda Coctail Bar”, lody ze śmietaną, gofry… za dużo na raz, za dużo… Ale wnętrze mają ładne i naprawdę duży wybór. A potem Gubałówka, i muszę przyznać, że pierwszy raz w życiu miałem tak wspaniały widok na góry, tak  niebieskie, bezchmurne niebo i Tatry w całej okazałości… Aż żałowałem, że nie miałem lepszego obiektywu do zbliżeń. Trochę się przeszliśmy po górze, mijając budki, parki linowe i inne. Naprawdę dużo się tu zmieniło, ostatni raz byłem jakieś dobre ponad 10 lat temu.

Po powrocie z Gubałówki, na drugi dzień udaliśmy się na termy. Pierwsze były „Szaflary„, tańsze i fajne na początek, nieprzepełnione, przytulne. Cóż to była za rozkosz, gdy zimno na zewnątrz, ja sobie pływam w ciepłej wodzie, z środka budynku bezpośrednio na zewnątrz, kładę się na bąbelkach, zjeżdżam po turecku po zjeżdżalni, rozkoszuję się jacuzzi i sauną parową. Jakżeż mi się to podoba… I co najważniejsze, chyba nauczyłem się pływać żabką! W sumie nic trudnego, ale brakowało mi okazji do nauki. Pierwsza lepsza i proszę już umiem. Ale na razie trochę kulawo, potrzebny mi trening dalszy. Najlepsze, że nad drugi dzień znowu tam pojechaliśmy, a wieczorem tego samego dnia pojechaliśmy na drugą termę bliżej nas, większą i droższą „Terma bukowina Tatrzańska” , a to to trochę już inna historia. Mmm, czego tam nie ma, najlepiej wejść sobie w panoramę na stronie Bukowiny Tatrzańskiej, nawigacja w lewym dolnym. Mnóstwo atrakcji, wiele zabawy, dużo miejsca, fajna zjeżdżalnia, kiepskie suszarki :) Choć zjeżdżalnia niczego sobie, długi ciemny otwór, coś tam błyska na przedzie, potem spirala 720 stopni, a potem plusk w trochę zbyt płytkim baseniku wylotowym, fajna zabawa, to jednak więcej frajdy miałem w Krakowskim Aquaparku. Z chęcią tam kiedyś wrócę, jeśli to będzie możliwe.

Ogólnie wyjazd był dobry, bardzo mokry, chlorowany,  po trzeciej wizycie miałem już chlupoczącą wodę w uchu środkowym, wyraźnie czułem jak się przelewa, bez wylewania przy przechyleniach głowy. Oprócz tego trochę jeszcze grywaliśmy w Mass Effect, albo chodziliśmy na krótkie spacery. A z gór wróciliśmy bezpośrednio do Kielc, gdzie zobaczyliśmy w kinie Bitwę o Los Angeles, poprawiając ją Skyline w domu. Klimat inwazji na ziemię był fajny, filmy takie sobie, Bitwa zdecydowanie lepsza. Chcieliśmy jeszcze zobaczyć Sucker Punch, ale zamarudziłem rozbijając się autem Andy na bezdrożach, co coraz lepiej mi wychodzi, choć siedzący obok właściciel smoka chwilami dość głośno wyrażał inne zdanie :) Tyle, po prostu kolejny fajny wyjazd :)

Reklamy