Magisterka

Cóż, jeśli wziąć za końcowy etap narodziny, to moja magisterka jest na etapie plemnika w pochwie. Ani się nie zaczęło, ani nie jest pewne czy się w ogóle zacznie i co się urodzi. Ale coś już zaszło… Mój temat brzmi: „Etyka w komunikacji międzyludzkiej”, co jest oczywiście temat cholernie wstępnym, ogólnym, szerokim. Nawet jeśli będę postępował tak jak zwykle to robię, czyli zgodnie z definicją, na temat, to i tak moja końcowa praca może być opatrzona innym temat i być na zupełnie innym temat, iż temat na który ją spisałem. Praca magisterka to nie w kaszę dmuchaj, coś dla mnie ważnego. To ma podsumować, pokazać, wykazać mój dotychczasowy dorobek nie tyle nauki jaką odebrałem ale całego mojego wychowania. Przynajmniej chcę żeby tak było. Dlatego też jak zwykle w ważnych sprawach nie patrzę na terminy, na czas, tylko ma być dobrze zrobione. Choć nie ukrywam, że okoliczności pokaż mi, iż ma to być jakoś, po prostu zrobione, by odebrać durny papierek, który więcej będzie znaczyć dla innych, niż dla mnie. Ostatnio nawet omawialiśmy na zajęciach kwestię: chcę dyplom renomowanej uczelni, czy drogi samochód. Większość z nas zgodziła się, że za swój trud większość z nas wybrałaby namacalny dowód/nagrodę, czyli samochód. A ja sobie myślę, o nie, za cholerę, to obraza. Czym jest taka nagroda? Niczym, bo nijak nie jest adekwatna do poniesionej pracy, do całej nauki i osiągnięć. Za to dyplom otrzymany z rąk autorytetu, instytucji powołanej, od cholernej kwintesencji/ukonorowania całego sensu tego co przez ostatnie kilka lat robiłem jest czymś nie tylko logicznym, prawym, sprawiedliwym, odpowiednim, rozsądnym, adekwatny, jedynym sensownym, jest jedynym co spełnia definicję nagrody. Auto nic nikomu nie mówi, jeśli już z godnie z definicją powinno mówić coś w stylu: to moje auto, mój projekt, ja się przyczyniłem do jego stworzenia, zaistnienia, podziwiajcie i na tej podstawie mnie oceniajcie, oraz doceniajcie. Nie, dziękuję, poproszę świstek papieru, dyplom dzięki któremu będę mógł później zarobić na parę takich samochodzików. Oczywiście… wszystko to jest super, ale tylko w wypadku, gdy później ktoś naprawdę doceni ten świstek i (coś, na co stawiam duży nacisk) ten świstek papieru naprawdę sprawiedliwie, odpowiednio mnie ocenia, bo ja prywatnie nie wierzę w słuszność egzaminów, ocen, oceniania. Nie, to jak z historią, zawsze jest stronnicza, to historia, wg. kogoś, nieobiektywna. Czyli. Czyli będę sobie pisał, dla siebie. moja magisterka musi zawierać mnie, na nosić mój afekt na każdej zapisanej stronie i to mają ocenić. I to powinno być docenione. Bo to, że ma być na temat i spełniać pewne ideologiczne wymogi to sprawa tak oczywista, że nie warta wspomnienia, bo mogłoby to kogoś obrazić. Poczekamy, zobaczymy jak mi piszę, będę aktualizował wpis zgodnie z postępami. Dzięki temu powstanie kurs: „Jak nie robić pracy magisterskiej”. Dziękuję.

A może być tak zainteresować się tematyką religijną, ateizmem? Napotkałem ostatnio ciekawe artykuły http://www.polityka.pl/nauka/czlowiek/1506162,1,rozmowa-z-danielem-dennettem—podkast.read oraz http://www.polityka.pl/nauka/czlowiek/1506198,1,ateizm-w-ksiazkach.read Ta tematyka również mnie prywatnie fascynuje, mógłbym się skupić na współczesnym położeniu/ujęci religii, z naciskiem na ateizm.