Rzeczy oczywiste

Z przykrością muszę stwierdzić, że jednak tak się nie da. To pewna porażka językowa dla nas wszystkich. Należycie nie da się na co dzień, w życiu potocznym  przyjąć zasady, która w s skrócie brzmi „pewne rzeczy są oczywiste, wynieśliśmy je z doświadczenia, oraz z odebranych nauk (niezależnie od kierunku)”. My jednak, mimo wszystko nie traktujemy pewnych  prawd oczywistych, jako „domyślnych”, czyli „ja to wiem, reszta również”. Oczywiście mam mu na myśli twory bardziej złożone niż wiedza ogólna w stylu „słońce jest żółte”.

Parę lat temu postanowiłem w celu nie marnowania czasu, pewnego optymizmu, oraz w celu okazania należytego szacunku do innych (no bo, jeśli ja go okażę, to inni mi również) , przyjąć za pewnik pewne różne, zależne od sytuacji bardziej złożone rzeczy oczywiste. Na razie wstrzymam się z podaniem przykładu, do czasu znalezienia odpowiedniego. Ludzie mają tendencję do właśnie czepiania się słów, nie przechodząc nad szczegółami, do idei ogólnej. To prosta i popularna pułapka, pójść po najmniejszej linii oporu i obarczyć autora o nieumiejętność dobierania słów. I nie wykazać żadnej dobrej woli, i poniesienia wysiłku, w celu próby zrozumienia, co autor miał na myśli. Skupić nierozsądnie cały swój sprzeciw na słowach i tym zakwestionować czyiś punkt widzenia. Podczas, gdy najrozsądniejszym krokiem byłaby próba zweryfikowania własnego zarzutu pod względem poprawności: „nie wiem, czy dobrze cię rozumiem, co miałeś na myśli przez… gdyż brzmi to niedorzecznie, nielogicznie, być może źle cię zrozumiałem”. Po podjęciu tego kroku i wyjaśnieniu może już bez przeszkód o potknięcie się o własne nogi dyskutować z drugim o poprawności jego punktu widzenia. To w zasadzie drobna, choć konieczna uprzejmość, mająca na celu uniknięcie nie tyle kłótni, co tak powszechnego marnowania czasu i autora i rozmówcy. Bo chyba nikt z nas nie lubi marnować czasu na puste gadanie.

Ale wracając do tematu, bo jak zwykle odbiegam, wierny myśli, iż jeśli coś ma być dobrze powiedziane, to z dbałością o szczegóły i nie raz w odpowiednim kontekście. Dochodzę do wniosku, że jednak warto raz, za razem, wciąż i wciąż zaczynać rozmowę od rzeczy oczywistych, od banałów. Inni tak robią, a ja zrzynałem się i złościłem, że ludzie głupio, powszechnie, wciąż zaczynają dyskusję ze mną na pewne tematy od banałów. Tak wiele razy prosiłem „zanim coś powiesz, przyjmij, że ja już to wiem i że nawet ci na to odpowiedziałem poprawnie, zacznijmy od razu od kroku nr dwa”. Ale jakoś mało kto wychodził z założenia, że rozmówca już coś wie, że ani on, ani ja nie jesteśmy dziećmi, coś już przeszliśmy w życiu, czegoś się dowiedzieliśmy i tylko ciut bardziej złożone rzeczy, nad banały są nam już znane. Dlatego choć może szczytną ideę podjąłem, to jednak jest to nieżyciowe. Nie ma szans jak widać przekuć to na zasadę życia codziennego.

Ale oczywiście są wyjątki. Wyjątki z moich obserwacji mają zasadnicze dwa odcienie. Pierwszy, że zabrnęliśmy w życiu w taką ścieżkę, że otaczają mnie ludzie na podobnym poziomie, albo że obracam się w raczej odrębnej, monolitycznej grupie społecznej (doktorant na uniwersytecie, poświęcający się swojej pracy, wchodzący w reakcje z innymi ludźmi przeważnie w swojej tematyce, pracownik korporacji, podobnie przebywający, spędzający czas w pracy i poza nią, z podobnymi sobie ludźmi, oraz ogólniej ludzie w pewnym bardziej zaawansowanym wieku, którzy zebrali już ogólną wiedzę, wiedzę która im jej więcej tym jest bardziej podobna u każdego z nich). Bo tak, ludzie naokoło mojego rocznika (27 lat) choć nie w tym samym momencie, w swoich życiach wchodzą już na bardziej spersonalizowane ścieżki. Wszystkich nas łączyła monolityczna szkoła podstawowa, nadal bardzo monolityczne liceum/technikum, studia, oj tutaj pojawiły się kierunki, jedni wolą humanistykę, inni nauki ścisłe. Ale same kierunki to jeszcze nie spersonalizowana ścieżka, to tylko jej początek, grunt pod. W tym momencie każdy z nas staje przed sposobnością pójścia własną drogą, zidentyfikowania się z wybranym kierunkiem. Nasze własne predyspozycje dają o sobie znać i im bardziej je doskonalimy, tym stajemy się bardziej różnorodni wewnętrznie. Chodź z jednej strony dochodzi do różnorodności, to z drugiej jednak dochodzi do unifikacji, Unifikacja to zjawisko, jak gdyby z przeciwnym wektorem, choć kierunek ma ten sam. Jeden poświęcony fizyce student jest podobny do drugiego, łączy ich pasja i zdobywana wiedza. Ale odróżnia ich to od innej pary dwóch humanistów, patrzących na świat inaczej. Dalej z wiekiem nasza spersonalizowana ścieżka pogłębia się. Kto z kim przestaje, takim się staje, człowiek ma wielką zdolność do adaptacji, wystawiony na działanie danego kierunku rozwoju dopasowuje się do jego cech charakterystycznych, sposoby patrzenia na świat, sposobu myślenia.

Po co to wszystko mówię? Z dwóch powodów, gdyż łączy się z to z moją główna myślą, oraz zabłysło mi w głowie przy okazji, więc spisałem, by nie przepadło :)  Być może widać teraz lepiej jaka panuje między ludźmi różnorodność, z jak rożnych punktów widzenia wychodzimy, gdyż zarówno dzieli nas i łączy nie tyle odbierane wykształcenie, ale również codzienne „nienaukowe życie”. Cały czas piszę w kontekście porozumienia w temacie idei bardziej złożonych, dlatego bardziej liczyłoby się tu wykształcenie (to ono nas poróżnia bardziej), mniej mądrość życia codziennego.  Oczywiście, wszystko to co napisałem, to pewien banał. Coś co dzieje się od zawsze, non-stop wszędzie naokoło nas. Wszyscy to wiedzą, ale jak wiadomo czasem najciemniej jest pod latarnią, czasem coś życiowa prawda, spisana brzmi jak głupi banał, czasem trzeba coś oczywistego sformułować, określić, by się do niego odnieść, by można było z tego uczynić temat rozmowy.

Jak widzimy każdy z nas coś wie, odebrał, odbiera wykształcenie, zgromadził pewną mądrość życiową itp. Zapytam się więc, dlaczego traktujemy się jak idiotów zaczynając rozmowy czy to na poważne tematy, czy na temat złożonych idei, od banałów, od rzeczy banalnych, które w sumie każdy z nas wie i pomyśleć można by było, że samo wspomnienie o nich to jakaś obraza dla naszego rozmówcy: „po co to mówisz? sugerujesz, że jestem idiotą? Przecież każdy to wie” . Tak może być, ale zapewne ta nasza różnorodność o której świadomie, i jak wierzę w szerszym zakresie podświadomie wiemy, każe nam „marnować” jednak czas i swój i naszego rozmówcy, bo „nigdy nic nie wiadomo”, lepiej się upewnić, obdarzam oczywiście kogoś kredytem zaufania, nie mam go za idiotę, ale jednak bezpiecznie jest zacząć od banałów. Zrezygnować możemy z tego raczej tylko wśród naszych spersonalizowanych grup społecznych, i to raczej gdy są one „aktywne”, czyli na uczelni, w pracy. Bo nawet spotykając się ze swoim kumplem z filozofii na imprezie, po zajęciach, „wychodzimy z ról” i bezpiecznie jest zaczynać od banałów.

Tak więc czeka mnie jeszcze nauka, kiedy i jak najczęściej, najbezpieczniej jest, bym zaczynał od banałów, oraz nauka w ogóle powrotu do banałów, nie wychodzenia tak często od razu od „punktu nr dwa”.

A notka ta cholera miała być krótka, góra 5 zdań, jeden akapit . A wyszło jak zwykle. Ot ucieczka przed nauką do egzaminu z filozofii języka, do której teraz posłusznie powrócę.