Wrocław 2009

To była… naprawdę miła i zaskakująca swoimi owocami wycieczka. 27 do 30 sierpnia gościłem w mieście Wrocław.

Minęło już trochę czasu, od tego wyjazdu, a ja jeszcze nie ogarnąłem pewnych wątków. Ale to tak na marginesie.

W ogóle to dosyć głupia sprawa, bo tak naprawdę miałem być od poniedziałku do środy w Poznaniu ze znajomą, ale oczywiście się posypało i wylądowałem od czwartku do niedzieli we Wrocławiu. I Tu jestem bardzo wdzięczny Mandragorze, która mnie przygarnęła i zapewniła godziwe warunki mieszkaniowe. Mój pobyt rozpoczął się od drobnych problemów komunikacyjnych, ale dotarłem na wyznaczone miejsce, gdzie czekały już na mnie ^mandragora i ^niecianeta89, z którymi miło spędziłem wieczór popijając wino. Tak, to było dobre przywitanie we Wrocławiu :) Muszę powiedzieć, że  ^mandragora posiada mały zwierzyniec w swoim mieszkaniu, począwszy od złośliwej fretki, poprzez dwa koty, do jednego dużego psa. Miałem gdzie nocować, jeść, uczyć się i czytać. Miło się spędzało czas w tym mieszkaniu, choć na pewno o wiele lepiej, gdyby nie choroba… Muszę jeszcze nadmienić, że dostałem naprawdę piękne zdjęcie od ^mandragory, jej własnego autorstwa. Jestem naprawdę wdzięczny i znajdzie się ono na mojej ścianie. Liczę, że będzie dalej parać się fotografią i wiem, że będzie jej to wychodzić znakomicie.

Choroba:

Niestety cały mój pobyt we Wrocławiu byłby o niebo lepszy, gdybym nie przyjechał chory i chorował jeszcze bardziej na miejscu :/ Od paru dni czułem się dziwnie. Na miejscu czułem się dziwnie. Mało tego, wokół mnie ludzie zachowywali się dziwnie, chyba, że to moja percepcja tak odbierała. Czułem się jakby moje połączenia neuronowe działały tylko na 25%, miałem problemy z prostymi czynnościami, z percepcją, rozumieniem, wysławianiem się. Do tego ból gardła, bolący ząb z wylatująca plombą, no i ten nieustający ból głowy. Coś dziwnego się działo ze mną. Gorączka znikała i pojawiała się, miałem fale ciepła, lecz temperaturę najwyżej 37 stopni, nie więcej. Pragnąłem tylko normalnej choroby a nie takiego nie wiadomo czego, A/H1N1, zaawansowana próchnica, czy zwykłe przeziębienie tudzież grypa.
Ale kurcze… od qumacka dowiedziałem się, że najlepiej wziąć cały listek rutinoscorbinu i na drugi dzień po problemie :) Kiedyś wypróbuję, tym razem zażyłem tylko 4 na raz, rano i wieczorem.

Nieoczekiwana zmiana miejsc:

Ale jakoś mimo to się bawiłem. Miałem okazję zwiedzić Wrocławski rynek nocą, gdzie wybrałem się na blipiwo wraz z ^mandragorą. Tam w knajpie „Siedem kotów” poznałem między innymi ^perversonality, ^aranha, ^divide i ^puzzleman. Wraz z resztą grupy wybraliśmy się nocną porą, na wyspę Słodową, jedną z wielu w tym mieście. Ta okazała się być miejscem spotkań młodych ludzi. Wrażenie zupełnie jak z miasteczka studenckiego w Krakowie wieczorną porą w godzinach szczytu :) Znaleźliśmy kawałek wolnego trawnika i zaczęliśmy rozmawiać, popijając piwo. Na wstępie zaskoczył mnie ^puzzleman, powiedział, że rano opiekował się i biegał po parku wraz  z Julią Wróbleską. Następnie zaskakiwałem ja, gdy siedząc tak i popijając browce bawiłem się z ^perv w małą grę słowną, polegającą na śmiałych pytaniach i szczerych i odpowiedziach. Ja pytałem. Zarówno pytania jak i odpowiedzi, lekko zaszokowały publikę, co jak odkryłem już mnie tak nie bawiło jak kiedyś. Ech, gdyby ^perv (qmack) znała mnie dawniej… To by dopiero była zabawa :) Wiem to. A tak siliłem się na wyszukane pytania, które i tak w moim odczuciu były normalne Jako, że ^mandragora musiała następnego dnia iść rano do pracy, więc z przykrością i niepewnością odłączyłem się, by kontynuować przyjęcie w mieszkaniu ^perv i ^aranha, wraz z ^divide i ^puzzleman. Przyznam się, nie bardzo chciałem iść na początek, gdyż miałem swoje obawy a to z racji pewnej sławy, jaką cieszy się osobowość qumacka :) Ale cóż, raz się żyje a ja chciałem wykorzystać pomimo choroby moją wizytę we Wrocławiu.
I tu się zaczęło moje oczarowanie…
Spędziliśmy nawet miły wieczór, miałem zaszczyt poznać Hitlera, znaczy się Kitlera, w sensie kota, który miał wąsik niczym Führer :) Byłem trochę zmęczony chorobą, więc położyłem się spać pierwszy. Od tego momentu/nocy sam Wrocław, jak i cała wycieczka zaczęła być dla mnie trochę jak ze snu (może nie do końca przyjemnego, ale jakże żywiołowego). Samo przybycie do mieszkania tej dwójki dziewczyn pogłębiło to wrażenie i pomimo obaw okazało się pozytywne. Stara kamienica, książki fantasy, jakaś skóra wilka na szafie, jakiś posążek małego bożka z kwadratowymi zębami i wielkimi przenikliwymi oczami, dziwny sen o wychowywaniu dziecka w probówce, ciekawe przebudzenie i patrzenie na artystyczny projekt ważki… To wszystko zaczęło roztaczać wokół mnie swój urok. Zacząłem nasiąkać tym miastem i jej mieszkańcami, ich esencją.

Nowy dzień:

Po porannych zakupach w strugach deszczu, zrobiliśmy wielką jajecznicę, płacząc uprzednio nad świeżym szczypiorkiem i cebulą (qumack to twarda baba, ani jednej łzy!). A potem jeszcze dziewczyny zrobiły kotkowi „misia”, efekt widać na zdjęciu po lewej :) Zanim zaczęliśmy zwiedzać, wybraliśmy się do mieszkania ^divide, gdzie zobaczyłem naprawdę niezły bałagan :) A kuweta w muszli klozetowej wymiata :) Na miejscu miałem również niebywałą przyjemność odebrać bio-energoteraupetyczne traktowanie z rąk ^aranha w celu zapobieżeniu mojego bólu głowy. Na (nie)szczęście moja blokada na jakikolwiek wpływ zewnętrzny działała bez zarzutu. Dodatkową ciekawostką był pewien bezdomny, który wg. ^aranha roztaczał bardzo chorą aurę wokół siebie. Ciekawa postać. Mi jego choroba  wydała się całkiem znajoma. Stwierdziłem, że jego stan, jest tym co wszyscy w sobie posiadamy jako zalążek choroby psychicznej, który dusimy w sobie dość skutecznie (dla mnie to kolejny aspekt braku wolności). Następnie wybraliśmy się przez miejski park do japońskiego ogrodu. Miłe, ciekawe miejsce, kojarzyłem je jeszcze ze zdjęć ^elfiatko. Szkoda, że nie zawitałem tam w trakcie kwitnienia drzew. W drodze powrotnej przechodziliśmy przez giełdę ogrodniczą, gdzie stoczyłem z ^aranha małą wojnę na siłę woli, w temacie kupić niepotrzebnie kolejną roślinkę, która i tak umrze, czy nie? :) Po tym miłym incydencie wracaliśmy przez rynek, by odnieść roślinkę do mieszkania, po drodze poznając urokliwe uliczki i miejsca starego miasta. Po raz kolejny zachwyciłem się tym miastem.

Odniósłszy roślinkę wybraliśmy się na cmentarz żydowski, który okazał się być Muzeum Sztuki Cmentarnej. Mało tego, spóźniliśmy się, „cmentarz” był zamknięty, wobec czego zaczęliśmy poszukiwać lokalu, gdzie można było coś zjeść. Po drobnym kluczeniu między blokami natrafiliśmy na lokal, gdzie zamówiliśmy pizzę. Tam odłączył się od nas ^divide, a dołączyła „młoda” aka Seele, która okazała się być młodą, utalentowaną osobą, mistrzynią w pływaniu i dobrą przyjaciółką ^aranha.

Tak właśnie zwiedzałem miasto, tymi niecodziennymi trasami, bocznymi, znanymi dla miejscowych, i na tym właśnie mi zależało. Na tym miejscowym poznaniu miasta, nie tym obcym, turystycznym. To wiem, udało mi się, za co jestem wdzięczny. Za to błądzenie i plątanie się między blokami. To jest poznawanie miasta. ^divide naprawdę odwalił kawałek dobrej roboty jako przewodnik, objaśniając mijane budynki.

Magiczna noc:

Następnie udaliśmy się na wieczorny pokaz ferii świateł i barw przy Wrocławskiej fontannie multimedialnej. Naprawdę polecam wszystkim ten spektakl, bardzo piękny, dostarczył niezapomnianym wrażeń. A będą jeszcze lepsze, gdy dokończą remont okolicy. Po tym przedstawieniu ^divide zabrał nas do pobliskiego parku, a że była już noc, rozpoczęła się mała przygoda w GeoCaching. To naprawdę świetna zabawa, w szukanie za pomocą latarki po nieoświetlonym parku, małych odblaskowych punktów, by odszukać „skarb”. Musze się tak zabawić w Krakowie. Pierwszy skarb był ukryty pod mostem i o nim ^divide już wiedział, drugi zaś… cóż nie udało się. Moja latarka z komórki (k550i), okazała się być nieoceniona, jednak zabrakło nam szczęścia. Niektórych skarbów trzeba szukać po szlakach, inne natrafią się z pomocą gps.

A potem… Potem rozpoczęła się magiczna noc. To był ciekawy spacer po nocnym Wrocławiu. Pełen magii, nieodpartych wrażeń i powstrzymywania się. Nie zapomnę tego momentu, przy stoisku z książkami na dworcu. Dwa razy natknęliśmy się na grupę telewizyjną kręcącą sceny do serialu Tancerze. Pierwszy pod Muzeum Narodowym Drugi raz, był to… Ostrów Tumski. Tak, właśnie Ostrów, magiczne miejsce, wręcz powalające i porywające swoim klimatem. Wieczorny spacer jego magicznymi uliczkami z oświetleniem gazowym(!) po prostu oszołomił mnie ponad słowa. Ach i jeszcze ta uliczka wyjęta z czasu, cóż za klimat, niebywały. Mam nadzieję, że uda mi się namówić ludzi z larpowni do przeprowadzenia tam larpa. Byłoby wspaniale. Potem wróciliśmy już do mieszkania, gdzie spałem otoczony czterema dziewczynami… Spałem mocno.

Pożegnanie:

A nad ranem… Nad ranem było już zupełnie inaczej. Przełamałem się i spróbowałem. Nie żałuję. W ostatni dzień zwiedziłem z ^aranha to Muzeum Sztuki Nagrobnej. To naprawdę kolejne magiczne miejsce. Bardzo, bardzo klimatyczne, jesienią musi powalać swoim wystrojem. To były miłe chwile, niestety musiałem pamiętać o powrotnym pociągu do Krakowa. Nawet na dworcu było miło, poznałem tam dworcowy przysmak w „Regio smak”, polecam. Z naprawdę wielką przykrością opuszczałem to miejsce, choć pragnąłem jak najszybciej spokojnie wyzdrowieć we własnych włościach.

Pełna galeria